Biblia III
Drodzy czytelnicy!
Co powinno ucieszyć współczesnych czytelników, a niektórych być może zasmucić, to fakt, że powieść ta nie będzie długa i nie będzie zawierała zbędnych, półstronicowych, kwiecistych, metaforyczno-alegorycznych opisów tego, co leżało na jakimś stoliku lub tego, jaki był krój spodni i kolor koszuli bohaterów, albo jeszcze lepiej, jak co pachniało i czym było czuć. Nie będzie przedłużania, bo kto w naszych czasach czytałby takie książki? To nie czasy wieku XIX czy XX, kiedy generalnie „nie było tak naprawdę, co robić” i ludzie z braku zajęć szwędali się bez celu rozmyślając o niebieskich migdałach. Dziś na myślenie nie ma już czasu, skoro smartfon, komputer, e-pralka i e-lodówka zrobią to za nas.
Nie
będzie też nic o skomplikowanych społeczno – emocjonalno –
psychologicznych powiązaniach międzyludzkich i społecznych oraz
różnych ich aspektach i wariacjach.
Tak wiele już o tym
napisano, że wystarczy skorzystać z tego, co jest. Problem jednak w
tym, że część z nas jest zbyt zajęta zamartwianiem się i ciężką
pracą nad poprawą swego mizernego losu, a część pracą nad tym
by losem się nie przejmować – by w ogóle zawracać sobie głowę
traceniem czasu na czytanie książek. Czasy są zbyt nerwowe i
niepewne na czytanie opasłych tomisk, nie ten klimat można pewnie
powiedzieć (chyba, że jest się dziesięciolatkiem), a publikacja
ta, mimo że krótka to cele ma ambitne i może właśnie, dlatego
jest idealna na te kryzysowo – przejściowe czasy.
Na
wstępie wypadałoby odnieść się do kontrowersyjnego tytułu tej
krótkiej nowelki
i stwierdzić:, jakie czasy taki tytuł, ale
byłaby to prawdopodobnie zbyt ostra ocena, co nie zmienia faktu, że
mimo tak monumentalnego tytułu książka ta mogłaby być jeszcze o
połowę krótsza. W przeciwieństwie do dwóch pierwszych części o
tym samym tytule, uważne czytanie każdego zdania i analizowanie
każdego słowa jest niewskazane. Najważniejsze, to postarać się
uchwycić ideę. Może to komuś wydawać się nudne, jak wszystko,
co dotyczy filozofii lub polityki, ale tym razem jest przynajmniej
generalnie, konkretnie i poza ogólnym filozoficzno-politycznym
ględzeniem, do którego wszyscy przywykli. Prezentowane są
rozwiązania, a nie tylko ogólne stwierdzenia typu „trzeba zrobić,
żeby było dobrze”. Jest też odpowiedź na proste, ludzkie
pytanie – „niby jak?” W każdym razie…
Pierwszy człowiek był na księżycu ponad pięćdziesiąt lat temu, a ówczesne komputery były wielkości szafy… A teraz? … Niektóre są wielkości paczki papierosów. Bombarduje nas Internet, telewizja, telefony komórkowe i „publiczne kluby”, w których bawią się „wszyscy”. Świat zrobił się wioską… Tyle, że ta wioska jest ewidentnie skrzywiona moralnie, ponieważ w jednej jej części matki przymierające głodem chowają swoje dzieci, a w drugiej inni operacyjnie zmniejszają żołądki…
Tak czy siak, na początku XXI wieku wszystko i wszędzie dzieje się szybko, szybko! Dlatego pisarz w naszych czasach powinien (oprócz talentu) posiadać mocno rozwinięte „sumienie artysty”, które jak filtr, czy bramkarz na imprezie dla VIPów wyrzucał będzie wszystko to, co jest zbędne, nudne i jedynie zmarnuje czas potencjalnego czytelnika nie wnosząc do jego rozumu żadnych pożytecznych czy ważnych informacji, a co gorsze ani krztyny rozrywki. Ostrzegam na wstępie – ja, mimo świadomości tej kwestii, do końca pewnie nim nie jestem, choć będąc tego świadom – przynajmniej się staram, stąd nowela jest tak krótka, na ile się dało.
Książka
ta nie opisuje problemów, natomiast pokazuje rozwiązania, nie
opisuje tego, co złe, lecz co można byłoby zrobić, żeby było
dobrze, nie jest o narzekaniu, jest o szukaniu rozwiązań.
...
No, i jest w tej książce Krzyś, a Krzysiowi, tak jak i całemu
obecnie światu, wciąż się spieszyło, więc szybko, szybko,
zaczynamy…
The Septuagint, starożytne żydowskie tłumaczenie Tory na język grecki powstałe pomiędzy III i I wiekiem przed naszą erą i późniejsze, inne księgi anonimowych twórców tłumaczą wszystkie trzydzieści dziewięć przypadków, gdzie występuje hebrajskie słowo messiah, jako Christos. Nowy Testament zawiera grecką formę Μεσσίας, Messias jedynie dwukrotnie w ewangelii Św. Jana, 1:41 oraz 4:25.
Krzyś: imię pochodzenia greckiego, od słów Christos (Chrystus) i phero (nieść). Oznacza: niosący (w sobie), wyznający Chrystusa.
W roku 2007 świat nawiedziło ponad 400 klęsk żywiołowych, jest to dziesięciokrotnie więcej niż na początku lat 90.
LICZBA 81
W pierwszych 16 wersach Ewangelii Mateusza, raportowania przodków Jezusa od Abrahama, 81 imion męskich jest notowanych.
1:81= 0.1234567890.
Rok
1981 był rokiem jak każdy inny, gdzieś ktoś kogoś zabił, gdzieś
ktoś się urodził, gdzieś była jakaś wojna, a gdzieś rewolucja.
Świat nabierał rozpędu. IBM zaprezentował pierwszy komputer
osobisty. Jak świat się przez to zmienił… Miały wtedy również
miejsce, doniosłe później w skautkach, odkrycia medyczne – takie
jak odkrycie komórek macierzystych, (z których niebawem zaczęto
„produkować” organy do przeszczepu
oraz leczyć wszelakie
ciężkie choroby) oraz inne, mniej optymistyczne – odkryto nową
chorobę – AIDS.
W
tym też, to roku zmarł Bob Marley, a pewien morderca zaczął
odsiadywać wyrok śmierci, potem zaczął pisać książki dla
dzieci, za które dostał nagrodę literacką i niewiele brakowało,
a zostałby laureatem pokojowej Nagrody Nobla. Problem polegał na
tym,
że nie był zrzeszony w żadnej religii, gdyż wierzył w
Jednego i porozumiewał się z Nim bez pośredników. Gdyby nie ten
fakt, to bez problemów załapałby się gdzieś na beatyfikację.
Chciał zbawić świat i zapewne trochę mu się udało, choć chyba
znowu nie do końca,
– co widać codziennie w wiadomościach.
Tego
roku miały również miejsce wspomniane wcześniej rewolucje i
przewroty.
W kraju pochodzenia Krzysztofa panował w tym czasie
dziwny stan, zwany wojennym.
A może nie taki dziwny, skoro w
innym kraju – Syrii – od 30 lat nie mogą się zdecydować żeby
go znieść…, kto to wie…
W
tym też roku, miał miejsce zamach na prezydenta Egiptu, (co jest
całkiem nieprzypadkowe, jeżeli wierzyć w święte księgi i
proroków oraz znaki na niebie i ziemi, które być może ostrzegają
przed tym, co ma być lub jest). Dlaczego? Ale wróćmy do głównego
wątku historii … Mały Krzyś urodził się o jeden miesiąc za
wcześnie, pewnego zimowego poranka, dokładnie 8 stycznia 1981 roku,
po ośmiu miesiącach i jednym tygodniu ciąży.
W skrócie
8.1.81 – urodził się akurat wtedy zapewne, żeby łatwo mu było
zapamiętać.
Tak czy owak jego matka, po sześciu miesiącach
leżenia z nogami u góry, przez cesarskie cięcie, dała życie
wcześniakowi o imieniu Krzyś. Co ciekawe, od razu po poczęciu,
lekarze ochrzcili Krzysztofa dzieckiem wysokiego ryzyka, ponieważ
mały Krzyś, wtedy jeszcze nawet nie Krzyś, lecz po prostu małe
coś, bardzo spieszyło się do wyjścia i dlatego jego matka musiała
leżeć we wcześniej podanym położeniu.
Ponadto
okazało się, że Krzyś mógł poczekać jeszcze trochę, gdyż
urodził się mały, słaby i cherlawy; na tyle słaby, że lekarze
gotowi byli wypisywać mu akt zgonu. Najpierw wróżyli mu tydzień
życia, potem miesiąc, później dwa miesiące, potem rok, potem
dwa.
Jak skończył trzy lata lekarze dali sobie spokój z zabawą
we wróżkę i stwierdzili, że „żyć będzie, choć ile nie
wiadomo?. W każdym razie, od tego czasu, określenie „dziecko
wysokiego ryzyka” oderwało się niejako od osoby Krzysia i całkiem
niesłusznie jak się później okaże, zostało ono zapomniane.
Krzyś
mieszkał w okresie swojej młodości w malutkim jednopokojowym
mieszkaniu, na dziesiątym, ostatnim piętrze bloku (nazwa ta określa
dokładnie zarówno typ budynku
jak i jego kształt), który
mieścił się w jeszcze większym „bloku”, zwanym sowieckim.
Jego dzieciństwo przebiegało, w porównaniu do wcześniejszych jak
i późniejszych losów, dość typowo, no może oprócz faktu, że
zegarki na jego ręce stawały lub zaczynały chodzić
„do
tyłu”. Co więcej, w jego obecności psuły się wszystkie inne
urządzenia mechaniczne
i elektryczne – pewne specjalistki od
mocy tajemnych stwierdziły, że to wszystko jest wynikiem jakiegoś
pola energetycznego, czy czegoś w tym stylu.
Prawdopodobnie
przez swój przedwczesny start, jako dziecko był mniejszym, nieco
nadpobudliwym chłopcem, który od rana do wieczora biegał wraz z
innymi dziećmi na placu zabaw. Sąsiadka z pierwszego piętra bloku,
która zajmowała się Krzysiem, gdy jego rodzice byli w pracy,
zauważyła jedną prawidłowość – „Krzyś nigdy na nic nie
dawał sobie czasu”. To było prawdą – Krzyś, bowiem uważał,
że czasu nie ma. Nie wiadomo w tym momencie,
czy świadomości
braku czasu nie miał już w łonie matki, – co tłumaczyłoby tak
wielką jego chęć wyjścia na zewnątrz. W każdym razie,
czteroletni Krzyś był przekonany, że z życia musi czerpać jak
najwięcej i jak najwięcej spostrzegać i analizować, bowiem żyć
będzie jedynie „do około trzydziestki”, a potem koniec. Ten
właśnie koniec napawał go nieuzasadnioną radością. Był to inny
świat, do którego zawsze mógł uciec w momencie, gdy świat
rzeczywisty stawał się nie do zniesienia i nie do przyjęcia. Tak
jak wtedy, gdy brak przestrzeni życiowej, doskwierająca bieda i
fruwające talerze przy akompaniamencie wiadomości o głodujących w
Afryce rezonowały, co często miało miejsce. Jak jego rodzice się
kłócili, a on nie miał gdzie się schować ani gdzie uciec (była
to, jak już wspomniano kawalerka) wówczas tłumaczył sobie – „to
nie ważne, wszystko nie ważne, będę żył do trzydziestki,
przeżyję, doświadczę i odczuję ile się da, zmienię ten świat,
żeby ludzie nie musieli mieszkać w pięć osób na dwudziestu
metrach kwadratowych, żeby nie było więcej małych dzieci
umierających z głodu, albo takich, co muszą kraść, żeby mieć,
co jeść…,
a jeżeli to za dużo, to zarobię kupę kasy i
spadam”.
Nie
wiadomo skąd w tym małym chłopcu tak wielkie ambicje i pragnienia,
ale być może, jak twierdzi pewien mędrzec:, –„jeśli naprawdę
z całych sił czegoś się pragnie, znaczy to, że pragnienie owo
zrodziło się z Duszy Wszechświata”. Być może. Krzyś bardzo
wierzył w dobro, jako prawdziwe pojęcie, a nie slogan i naiwnie
wierzył, że skoro świat jest dobry,
a ludzie posiadają
wielkie umysły, to przecież świat może być piękny, a fakt, że
jeszcze dla tak wielu do końca taki nie jest, albo raczej nie mają
warunków by się nim cieszyć, wydawał mu się jedynie drobnym
błędem będącym rezultatem zbiorowego niedopatrzenia.
Dużo
łatwiej natomiast można wytłumaczyć chęć „zarobienia kasy”
– rodzice Krzysia często i głównie kłócili się w owym czasie
o pieniądze, dlatego zapewne Krzyś, mimo wstrętu do pieniędzy
samych w sobie, chciał wtedy mieć ich bardzo dużo. Natomiast słowo
„spadam” oznaczało dla małego Krzysztofa nic innego jak
samobójstwo. Takie podejście było jego tarczą, tarczą przed
rzeczywistością, tarczą przed nim samym i budzącą się w nim
agresją. Mimo, że Krzyś miał wtedy dopiero cztery latka myślał
nadzwyczaj dużo
i to nad rzeczami, jak na czterolatka, bardzo
poważnymi. Doszedł on, bowiem wtedy
do wniosku, skądinąd
bardzo słusznego, ze świat sam w sobie nigdy nie jest winny jego
ani niczyich innych problemów, i że w związku z tym nie powinien
on ich na świecie wyładowywać. Mszczenie się jest złe, nie
istnieje zasada oko za oko, ząb za ząb, a zatem sens wyładowywania
agresji był mu obcy – przeciwnie wolał wyładowywać ją na sobie
stosując autoagresję. Wymyślił punkt, przesuwając go w czasie, w
którym cała ta agresja, jeżeli jeszcze istniałaby, znalazłaby
sobie ujście – za jakieś dwadzieścia sześć lat i w ten oto
sposób przelewał cały gniew w ten jeden przepastny jak przyszłość
– worek, co pozwalało mu
na egzystencję i zracjonalizowanie
otaczającego go świata.
Krzyś jednak, nie wiedząc nawet o tym, pragnął bardzo, choć podświadomie, ziścić to, co było nie jego chceniem, lecz chceniem jego matki, która krzyczała: „ja już dłużej nie mogę!, ja mam dość!, ja już dłużej nie wytrzymam!” Były to słowa człowieka na krawędzi, krawędzi końca… końca, który jakoś jednak nigdy nie nadchodzi… Krzyś działał i myślał tak by koniec nadszedł, żeby był pewny, określony i rychły. Życzył sobie tego z całego serca, tego pragnął najbardziej. Dla niego był to przejaw buntu, buntu bez powodu, lecz powód jakoś nigdy nie był potrzebny, tak samo jak większości nigdy nie jest specjalnie potrzebny powód by żyć, a on widział w otaczającej go rzeczywistości mnóstwo powodów by się z nim rozstać.
Krzyś
pomimo swego młodego wieku rozumiał jednak, że takie postanowienie
jest
w pewnym sensie paktem z diabłem, który to pakt podpisałby
wykonując swój zamysł – pozbawienia się życia, jako że
przecież samobójstwo jest grzechem. Myślał jednak, że taki
grzech jest najmniejszym z możliwych, i jeżeli człowiek nie
popełni żadnych innych, a będzie starał się być jak najlepszy,
to Bóg będzie miał nie lada zagadkę, co z takim delikwentem
począć. Poza tym życie nie jest przyjemne, gdy jest się
nieszczęśliwym, myśli się o śmierci lub jej usilnie pragnie, a
ciągłe odkładanie tego dylematu w odległą przyszłość zmusza
zająć się życiem na bieżąco, w momencie jego trwania, a nie
zamartwianiem się nad własnym losem, losem głodujących dzieci w
Afryce lub też niepewną czy też w czyjejś opinii beznadziejną
przyszłością. Wszystko to jest nie ważne, jest tu i teraz. Tak,
więc mały Krzysio został można by powiedzieć, małym wyznawcą
zasady carpe
diem z
wielkimi ambicjami, lecz on zapewne tak wtedy o sobie nie myślał,
miał przecież mniej niż dziesięć lat.
Mała bomba zegarowa z
detonatorem czasowym ustawionym na „trzydzieści lat, albo coś
koło tego” oraz ambitnym planem na życie, żyła więc sobie,
dorastając z roku na rok.
Dzieciństwo przebiegało praktycznie bardzo normalnie i Krzysiu był pozornie całkiem wesołym i grzecznym chłopcem. Do czasu. Najpierw, po ukończeniu szkoły podstawowej Krzyś poznał odpowiednich ludzi, którzy mieli dostęp do odpowiednich specyfików, na które od dawna już Krzyś miał ochotę. Zapalił marihuanę i od tego czasu wszystko się zmieniło. Detonator czasowy został schowany głęboko do szafy, przestał być oglądany i podziwiany oczyma duszy i zaczął nawet zachodzić kurzem, bowiem Krzyś dzień w dzień znajdował sposób na oderwanie się od rzeczywistości, która przestała być już tak istotna i tak dołująca. Kłótnie jego rodziców zwyczajnie już go nie dotyczyły, a brak sensu takiej rzeczywistości został zamazany. On miał na to swoje, nowe, lekarstwo – śmiech. Tak zaczęła się trwająca długie lata przygoda Krzysia z Marysią. Krzyś nie był już pozornie szczęśliwy – był po prostu całkiem szczęśliwy.
Tak
mijało dziesięć lat, w tym czasie bohater naszej historii jak i
świat wyraźnie się zmieniał. Telewizorów początkowo nie było,
potem były kolorowe, a na koniec stały się płaskie jak obrazy.
Telefony wcześniej były analogowe, potem cyfrowe, komórkowe,
aż
w końcu stały się komputerami, a komputery uprzednio były
stacjonarne, potem przenośne,
a na koniec w ogóle straciły
klawiatury, a do tego niebawem wszystkie przestaną być twarde
i
zaczną się wyginać.
Krzyś
przeżył w tym czasie faktycznie tak wiele, ile się dało, dla
przykładu:
z matecznika komunizmu wybrał się do matecznika
kapitalizmu (USA), jego rodzice w końcu wzięli rozwód,
wyprowadzili się z 25m2
do domu jednorodzinnego, za namową pewnej dziewczyny został ojcem,
która chyba czuła, że coś jest w nim na rzeczy, choć nie do
końca wiedziała co, ale dzięki temu poznał, co to znaczy być
ojcem. Zakochał się, żył w miłości
i doświadczył jej
straty, żył życiem studenta i życiem kloszarda, życiem osoby
pracującej
i bumelanta, osoby zdrowej i schorowanej, żeby
doświadczyć wszystkiego żył kilka
żyć na raz.
Najistotniejsze
jednak chyba było to, że przede wszystkim myślał, ciągle i bez
przerwy, puszczał swe myśli po nieuczęszczanych torach i poddawał
w wątpliwość wszystkie dogmaty, aż pewnego dnia, gdy jeszcze czuł
tę miłość, wszystkie te myśli i pragnienia,
w tym to jego
największe, w końcu złożyły się w jedną spójną całość,
którą ludzie nazywają wizją, a ludzi takich – wizjonerami. I
tak został Krzyś – wizjonerem …
…A
gdy powoli miał nadejść czas, gdy zaświeci gwiazda, a księżyc
zatrzęsie się
i nadejdą inne dziwne rzeczy, a wśród ludzi
zapanuje chaos – było lato. Ciepłe powietrze,
a w
szczególności słońce pozwalało wszystkim ładować życiowe
akumulatory.
Krzyś
spoglądał na zegarek mniej więcej, co dwadzieścia sekund, gdy w
tym czasie jego mózg pracował na pełnych obrotach tyle, że na
biegu jałowym. Jego myśli latały bez składu i ładu. E niedługo
miała się pojawić i w końcu miał podzielić się z kimś, co od
tak dawna siedziało w jego głowie. Czekał w samochodzie
przełączając kanały w radiu i wiercąc się nerwowo. Choć słońce
grzało niemiłosiernie Krzyś nie miał zamiaru wychodzić,
gdyż
z tego miejsca dokładnie widział każdą z dróg, którą E mogła
przyjść na spotkanie. Był pewien, że rozpozna ją nawet z daleka,
choć nigdy wcześniej jej nie widział. Gdy jego oczy zwrócone były
akurat w stronę zachodnią w jego polu widzenia pojawiła się już
E.
Krzyś
odwrócił głowę w prawo, tylko na chwilę, chcąc dalej wypatrywać
strony zachodniej. Potem tępo patrzył jeszcze w tamtą stronę
przez kilka sekund, po czym odwrócił się gwałtownie szukając
obiektu, który przywołał jego spojrzenie. I ukazała się ona.
Piękna, wysoka, szła krokiem dystyngowanym, niespiesznym i pełnym
gracji, jak kobiety
z poprzednich epok, niespotykanym w obecnych
czasach. Gdy zadzwonił telefon, czego Krzyś nie mógł usłyszeć,
usiadła na chwilę na ławce. Gdy założyła jedną szczuplutką
nogę, będącą marzeniem wielu kobiet, na drugą, jego serce
stopniało do reszty. Wysiadł
z samochodu i niespiesznym krokiem
ruszył w stronę ławki, na której siedziała E, rozmyślając nad
tym czy być sobą i tak jak planował podzielić się z nią swoją
wizją, czy być raczej spełnieniem oczekiwań tej pięknej damy na
ten piękny letni dzień. Dystans do przebycia nie był zbyt długi i
zanim się namyślił był już przy ławce.
– Witaj! – powiedział uśmiechając się.
– Witaj królu parkietu – zadziornie odparła E. – Więc, jaki masz plan na ten piękny dzień? Idziemy na plażę?
– Ok. – odparł nie wiedząc za bardzo, od czego zacząć.
Do
morza prowadziła krótka brukowana dróżka pośród wielkich
kasztanów, a na jej końcu stała ławka, na której na chwilę
usiedli i zdjęli buty. Zaraz potem E złapała go za rękę
i
podskakując prowadziła go na swoje ulubione miejsce. Usiedli
naprzeciw siebie, po czym E widząc niezdecydowanie Krzysia
bezpardonowo rzekła:
– Pocałuj mnie podrywaczu – zaśmiała się.
– Dobrze – sama ta odpowiedź, niepoparta czynem, już ją zdziwiła, ale to miał być dopiero początek jej zdziwienia, – ale najpierw chcę ci coś pokazać – powiedział wyciągając z torby laptopa – wtedy będziesz po części wiedziała, czemu w ogóle tak zależy mi na tym, co robię, na tym, co chcę osiągnąć w tej mojej misji. – Przeczytaj to – powiedział.
E
z lekkim zdziwieniem, szczególnie po wczorajszym spotkaniu w klubie,
widząc
tę ładną buźkę nigdy by nie przypuszczała, że może
mieścić się w niej cokolwiek więcej niż sex, drugs and rock and
roll, dlatego zaintrygowana położyła komputer na kolana i zaczęła
czytać:
Prawa człowieka a statystyki:
Połowa świata – prawie trzy miliardy ludzi – żyje za mniej niż dwa dolary na dzień.
Ta wielkość jest oparta na współczynniku siły nabywczej (PPP –purchasing power parity), co oznacza w praktyce, że ceny dóbr w krajach równają się i dlatego też dana osoba mogłaby kupić taką samą ilość dóbr za daną sumę pieniędzy w każdym kraju. Innymi słowy, gdyby biedna osoba z biednego kraju, która żyje za dolara dziennie, przeprowadziła się np. do USA, bez żadnej zmiany w jej dochodach, wciąć żyłaby za dolara dziennie.
Zaledwie 12% populacji zużywa 85% wody, te 12% nie żyje w krajach Trzeciego Świata.
PKB czterdziestu ośmiu najbiedniejszych krajów jest mniejszy niż bogactwo trzech najbogatszych ludzi.
Kraje
rozwijające się wydają 13 $ na spłatę długów za każdego, 1 $
jakiego otrzymują w subwencjach. Źródło – Global Development
Finance, World
Bank, 1999
Prawie miliard ludzi weszło w 21 wiek nie będąc zdolnymi do przeczytania książki lub nawet podpisania się.
Mniej
niż 1% sumy, jaką świat wydaje na broń była potrzebna, aby
do
roku 2000 wszystkie dzieci uczęszczały do szkół – jednak
tak się nie stało.
51% ze 100 najbogatszych instytucji na świecie to korporacje.
Najbogatsza nacja na Ziemi ma największą przepaść między bogatymi i biednymi spośród wszystkich krajów zindustrializowanych.
Im
biedniejsze państwo tym większe prawdopodobieństwo, że spłata
jego zadłużenia jest odciągana wprost od ludności, która ani
nie podpisywała umów
o pożyczkę, ani też nie dostała
żadnych pieniędzy.
20% populacji w krajach rozwiniętych konsumuje 80% dóbr tego świata.
Połączone bogactwo 200 najbogatszych ludzi osiągnęło trylion dolarów w roku 1999, połączone bogactwo 582 milionów ludzi z 43 najbiedniejszych państw wynosi 146 milionów.
497
miliarderów w 2001 zarejestrowało majątek wartości 1,54 tryliona
dolarów, jest to dużo więcej niż produkt narodowy wszystkich
nacji regionu subsaharyjskiej Afryki (929,3 miliony dolarów) a
nawet więcej niż regionów bogatych w ropę
z bliskiego
wschodu i północnej Afryki (1,34 tryliona). Posiadają oni również
majątek większy niż połączone dochody biedniejszej połowy
całej światowej populacji.
Całkowita
suma majątku najbogatszych 8,3 miliona ludzi na świecie „wzrosła
o
8,2% do 30,8 trylionów w 2004 r. dając im kontrolę nad prawie
jedną czwartą światowych aktywów finansowych”. Innymi słowy,
około 0, 13 % populacji świata kontroluje 25 % światowego
bogactwa w roku 2004.
Zgodnie
z danymi UNICEF 30 000 dzieci ginie codziennie z powodu ubóstwa.
„Umierają cicho w jakichś najbiedniejszych wioskach na świecie,
poza kontrolą
i świadomością świata”.
30
000 dziennie, to 210 000 w każdym tygodniu, lub niewiele mniej niż
11 milionów w ciągu roku – tyle dzieci umiera przed
ukończeniem piątego roku życia.
Około 6 milionów dzieci umiera rocznie z powodu głodu. Źródło: www.care.org/campaigns/Word-hunger/facts.asp
Dla wzrostu ekonomicznego i prawie wszystkich innych wskaźników ostatnie 20 lat (obecnej formy globalizacji – od 1980 do 2000 r.) pokazały bardzo wyraźny spadek w postępie w porównaniu z poprzednimi dwiema dekadami (1960-1980). Dla każdego wskaźnika podzielono państwa na 5 w miarę równych grup, na podstawie poziomu, jaki osiągnęły na początku okresu (1960 lub 1980). Wnioski:
wzrost:
spadek wskaźników wzrostu gospodarczego był najbardziej wyraźny
i dotyczył wszystkich grup państw,
przewidywana długość życia: postęp w przewidywanej długości życia również został dla 4 z 5 grup państw, z wyjątkiem najwyższej grupy (przewidywana długość życia 69-76 lat),
umieralność noworodków i dzieci: postęp w redukcji umieralności niemowląt był również znacząco niższy w okresie globalizacji (1980-1998) niż przez poprzednie dwie dekady,
edukacja i umiejętność czytania i pisania: postęp w edukacji również zwolnił podczas okresu globalizacji.
Statystyki dotyczące dzieci:
Liczba dzieci na świecie – 2,2 miliarda.
Liczba dzieci żyjących w nędzy – 1 miliard (co drugie dziecko).
Z pośród 1,9 miliarda dzieci żyjących w krajach rozwijających się:
640 milionów bez odpowiedniego schronienia (1 na 3),
400 milionów bez żadnej dostępu do bezpiecznej wody pitnej (1 na 5),
270 milionów bez żadnego dostępu do usług medycznych (1 na 7).
4. Dzieci nieuczęszczające do szkoły w skali całego świata – 121 milionów.
5. 10,6 miliona dzieci zmarło w 2003 r. przed ukończeniem 5 roku życia (jest to tyle samo ile wynosi populacja dzieci we Francji, Niemczech, Grecji i Włoszech).
Weźmy
również pod rozwagę takie oto zestawienie ukazujące globalne
priorytety
w wydatkach w 1998 r.:
kosmetyki w USA – 8 miliardów $,
lody w Europie – 11 miliardów,
perfumy w Europie i USA – 12 miliardów,
karmy dla zwierząt w Europie i USA – 17 miliardów,
papierosy w Europie – 50 miliardów,
napoje alkoholowe w Europie – 105 miliardów,
narkotyki w świecie – 400 miliardów,
wydatki na wojsko na świecie – 780 miliardów,
i
porównajmy je z tym, co nazwane było „dodatkowymi kosztami” w
celu osiągnięcia powszechnego dostępu do podstawowych usług we
wszystkich krajach
rozwijających się:
edukacja podstawowa dla wszystkich – 6 miliardów,
woda i urządzenia sanitarne – 9 miliardów,
zdrowie rozrodcze dla wszystkich kobiet – 12 miliardów,
podstawowa opieka zdrowotna i wyżywienie – 13 miliardów.
I ze zrealizowanym programem ratunkowym dla amerykańskiego sektora finansowego – 700 miliardów.
– To jest straszne – powiedziała i cała radość z tego słonecznego dnia nagle gdzieś się ulotniła. Miała nadzieję na romantyczne spotkanie, a zrozumiała, że po tym, co przeczytała dziś raczej nie może na to liczyć. Była z jednej strony zdziwiona, że w tej ładnej główce kryją się takie przemyślenia i trochę zła na niego, że porusza takie tematy w tak piękny słoneczny dzień, gdy ostatnio tak mało ich było, ale jakaś mała jej cząstka zaczęła być ciekawa, do czego zmierza.
– I, to jest ten TWÓJ PLAN!? – powiedziała z wyrzutem odkładając laptopa.
– To jest tylko, „dlaczego”, to jest jedynie teraźniejsza rzeczywistość, a jednocześnie moja motywacja – odparł.
E, nawet na niego nie spojrzała wyglądając w stronę spokojnego morza. Krzyś popatrzył na jej słodką nadąsaną buzię i również zaczął patrzeć na morze. Gdy ich policzki dotknęły się szepnął:
– To co, mam ci opowiedzieć, jaki mam plan, żeby to w końcu zmienić?
E odwróciła się chcąc spojrzeć mu w oczy, aby sprawdzić w nich czy to prawda i gdy spojrzała w te brązowe ślepia święcące się do niej z pewnością, podświadomie zdziwiona tym, co zobaczyła, odparła uśmiechając się:
– Tak.
– Dobrze, ale najpierw trochę mistycyzmu, żeby to wszystko było trochę bardziej wiarygodne i przekonujące – rzekł z ironią w głosie – no i ciekawsze – dodał – no dobra, więc po pierwsze to wiesz, że ma przyjść ktoś na dwa tysiące lat po Chrystusie – ciągnął dalej, już bardziej poważnym, wręcz teatralnie poważnym tonem.
– Taak…
–
z początkowym zdziwieniem odparła E, lecz gdy spojrzała
na
uśmiechniętego Krzysia patrzącego na nią z dziwną pewnością
siebie dodała ze słodyczą
w głosie, aby kontynuował
przedstawienie – mów, mów - rzekła.
– Raz w życiu otworzyłem Biblię – podrapał się po głowie – to znaczy raz ostatnio, od czasu jak pamiętam – stwierdził, nie potrafiąc powstrzymać uśmiechu – i tam był taki wers, że ten ktoś, kto ma przyjść za te dwa tysiące lat po Chrystusie, ma oddzielić dobrych od złych?
– No, no i… – z niecierpliwością w głosie powiedziała E.
– Czekaj zaraz przejdę do konkretów, jeszcze tylko jeden fakt, który widziałem gdzieś w telewizji, chyba na dwójce, że już biegają po świecie wyznawcy islamu i szukają tego gościa – tu zrobił teatralną przerwę i dodał – i ten gość ma podobno mieć, zgodnie z ich księgami, znamię na lewym policzku – znowu zrobił przerwę.
E domyśliła się po chwili, dokąd zmierza i badawczo spojrzała na jego twarz.
– No i co? – spytała.
– No spójrz na mój lewy policzek.
Spojrzała jeszcze raz, tym razem precyzując swoje spojrzenie z całej twarzy na jedynie wskazany fragment.
– No faktycznie masz pieprzyk – stwierdziła i uśmiechnęła się, bo znowu zaczęło robić się ciekawie.
– Aha i jeszcze jedno – rzekł Krzyś, jakby o czymś zapomniał – i w tym islamie jest napisane, że ten koleś ma przyjść i powiedzieć jak ma być i tak będzie i wszyscy powinni go słuchać.
E patrzyła na niego coraz bardziej zdziwiona, zaciekawiona i rozbawiona.
– No dobra, to teraz może trochę bardziej na poważnie. Opowiem ci o świecie z mojej głowy, moim wymyślonym wymarzonym świecie, mojej wizji świata, o tym jak to według mnie niedługo będzie. Ok?
– Tak, tak! – odparła.
– Ach,
powinienem, może jeszcze na wstępie, podać ci parę faktów
naukowych, żeby określić kontekst, punkt, w jakim nasz świat się
znajduje. Wiesz na przykład, że wymyślili kamerę dla ślepych,
taki chip, który się wszczepia do mózgu, żeby mogli widzieć. Na
razie działa w czerni i bieli i do tego trzeba nosić przy sobie
taką małą skrzynkę, ale pracują już nad taką, co będzie
działać w kolorze. I na przykład wymyślili też taki inny chip do
mózgu, żeby kadłubki – tu wykonał adekwatną pozę – ludzie
bez rączek i nóżek, mogli sterować komputerem za pomocą myśli –
na razie jest to na poziomie poruszania myszką, góra,
dół
i prawo, lewo. Oprócz tego pracują nad takim nowym rodzajem
chipów, które mają zastąpić kody kreskowe, i w ten sposób nie
trzeba będzie tych biednych kobiet, co siedzą przy tych czytnikach.
Po prostu przejeżdżasz wózkiem przez bramkę i komputer liczy
wszystko, co masz w wózku i do tego już niedługo płacić będziemy
swoim smartfonem zbliżając go tylko do czytnika, który sam
ściągnie punkty z karty – zaśmiał się, –
pomyśl
– ciągnął dalej,
– że domy, mogłyby być budowane przez
roboty, a pola orane przez automatyczne traktory. Super, czyż nie?
E kiwnęła głową na znak zgody.
– I
jeszcze opowiem ci o takiej ciekawej teorii opartej na tempie rozwoju
procesorów komputerowych, których moc obliczeniowa podwaja się, co
każde dwa lata, albo coś koło tego. W każdym razie jest teoria,
według mnie całkiem słuszna, że nasz świat rozwija się dużo
szybciej niż świat pięćdziesiąt, sto, czy chociażby sto
pięćdziesiąt lat temu. Chodzi
o to, że tempo rozwoju od czasu
wynalezienia procesora komputerowego wzrasta w takim tempie:
kładziesz ziarenko, następnie za dwa lata dwa ziarenka, następnie
cztery, a potem osiem, szesnaście, trzydzieści dwa, sześćdziesiąt
cztery i tak dalej. Zawsze dwa razy więcej
– no tak jak w
procesorach nie? Masz 128, 256, 512, 1024 i tak dalej. Więc skoro
wynaleźli ten procesor w tysiąc dziewięćset czterdziestym
którymś, a komputer wtedy był wielkości szafy, a teraz mamy dwa
tysiące jedenasty i komputer jest czasami wielkości paczki
papierosów, to praktycznie walimy już pionowo w górę – mówiąc
to wyciągnął w górę rękę ukazując krzywą odzwierciedlającą
tą ideę.
– Naprawdę ciekawa teoria – przyznała E.
– Szkoda tylko, że niezbyt skutecznie to wykorzystujemy. Nasz system polityczno –ekonomiczny jest jak przedwczorajszy pampers – wtrącił Krzyś z nutą nostalgii, ale zaraz otrząsnął się z tej myśli i powiedział:
– Ale wracając do tematu – kontynuował – żyjemy w czasach industrializmu, technologii, po prostu w zajebistych czasach, czyż nie?
– Niewątpliwie – odpowiedziała, – ale co to wszystko ma do rzeczy? Jaki jest ten twój plan?
– Ok.,
w końcu, chyba naprawdę jesteś ciekawa – rzekł z niekrywaną
satysfakcją,
– więc teraz opowiem ci o tym moim świecie, jak
myślę, niedługo on będzie tak wyglądał
i jak to osiągnąć.
Znowu
skinęła głową i uśmiechnęła się, co wywołało naturalny
uśmiech również
na twarzy Krzysia.
– No
właśnie – kontynuował, – więc skoro jest dobro, a jest, nie?
I skoro jest zło, nie?, to powinno być na ziemi adekwatnie –
niebo i piekło, więc najpierw opowiem ci, jak zorganizować niebo
na ziemi. Podam ci instrukcję „how to make poverty a history” –
uśmiechnął się – i przepraszam, że jestem w tym trochę
niepoważny, ale pozory to tylko pozory – nie są ważne. Prawda
jest najważniejsza – dodał –
a w ogóle, to plan jest tak naprawdę w swym założeniu bardzo
prosty i nie trzeba profesora ekonomii, żeby go zrozumiał. –
To może zacznę tak – powiedział – gdyby porównać tą misję
wyeliminowania nędzy i innych okropności do budowania domu choćby
– to, co jest potrzebne? Żeby wybudować jakikolwiek budynek
potrzebny jest plan i tak samo jest ze zmienianiem świata
i z
zaspokajaniem ludzkich potrzeb. Potrzebny jest plan. Trzeba wiedzieć,
co, ile i gdzie. Zatem bierzemy te super komputery, co wymyślają
bomby atomowe i wysyłają rakiety
w kosmos, bierzemy dane z
programu Google Earth i map geograficznych, liczymy ile jest ludzi na
ziemi, bierzemy średnie zużycie dóbr, jakie występuje w tak
zwanych krajach rozwiniętych, gdzie ludzie używają mydła, kremów,
proszków do prania, telefonów komórkowych, kina, imprez, basenów,
siłowni etc. Potem wklepujemy tym super komputerom, w tę makietę z
Google Earth, taki program coś a’la „sim city”, oczywiście
ten program musiałby być trochę bardziej rozbudowany, ale w ogóle
znasz tą grę? – zapytał.
O dziwo, mimo tego, że E była kobietą, ponownie odpowiedziała twierdząco i nawet, aby upewnić Krzysia, że tym razem jej kiwnięcie nie jest jedynie czystym gestem opowiedziała pokrótce o tej grze strategicznej i na czym ona polega.
– No
właśnie – ciągnął dalej – i te komputery wyliczają ilu
ludzi potrzeba, do jakiej pracy, oczywiście przy użyciu najnowszej
i najbardziej ekologicznej technologii w każdej gałęzi produkcji,
do wytwarzania wszystkich tych dóbr, jakie człowiek chce i
potrzebuje posiadać do komfortowego i ciekawego życia, budowy
odpowiedniej ilości domów, kin, szkół, bibliotek, basenów, dróg
i tak dalej. I w związku z tym, ile każdy człowiek musi
w
życiu przepracować, żeby wszyscy mieli to, czego chcą. A
tłumacząc to od dupy strony, albo, innymi słowy, z drugiej strony
– zaśmiał się – od strony obywateli – to wyglądałoby
to
tak, że istniałaby taka strona internetowa, coś na wzór obecnych
sklepów internetowych
z mydłem i powidłem, gdzie każdy
zaznaczyłby wybrane przez siebie produkty. Wiesz, tak jak w biblii –
proście, a będzie wam dane – trzeba to zdanie wprowadzić w
życie. Po prostu bierzemy i robimy (to znaczy ograny państwa)
ankietę w internecie, gdzie każdy zaznacza, co chce i czego
potrzebuje i oczywiście również swoje talenty i ilość pracy,
jaką jest gotowy poświęcić by zaspokoić swoje potrzeby. Taką
ankietę przeprowadzać się będzie wśród wszystkich mieszkańców
ziemi. Za dziadka, który nie zna się na komputerach, może wypełnić
wnuczek, a za dziecko jego rodzic, w każdym razie w tej ankiecie
będą zawarte wszystkie rzeczy, jakie człowiek może potrzebować
bądź sobie zażyczyć, począwszy
od wyboru produktów
spożywczych, chemii, RTV-AGD, przez wycieczki zagraniczne, hobby,
mieszkanie, meble i tak dalej, po prostu wszystko. Jak przykładowo
ktoś ma już dom, to nie zaznacza, jak ktoś nie ma, to zaznacza,
jeden chce jeść same warzywa, inny tylko mięso i tak dalej, każdy
wpisuje, co chce. W każdym razie chodzi o to, że wszystko jest
policzalne,
a w obecnych czasach mamy sprzęt i technologię,
żeby te wszystkie dane w łatwy sposób zebrać i wszystko policzyć.
OK?
– Ok., tylko nie mów „od dupy strony”, bo ja bym się na miejscu tych obywateli bardzo obraziła – uśmiechnęła się.
– Masz
rację – odparł Krzyś – wcale nie mam tych obywateli w dupie,
bo w końcu właśnie dla nich, dla ludzi, na to wpadłem. A gadam
tak, pewnie przez to życie na podwórku
i zbuntowaną naturę,
przez to mój język jest mało wykwintny i elokwentny, a czasami
nawet chamski – zaśmiał się, – aż dziw bierze, że skończyłem
studia.
– Coś w tym jest Krzysiu, no i mam taką nadzieję – rzekła, uśmiechając się, – ale opowiadaj dalej.
– No
i potem prognozuje się produkcję określonych dóbr, sprawdza
możliwość,
termin realizacji możliwie wszystkich zadań i w
związku z tym ilu ludzi potrzeba, do jakiej czynności, żeby to się
stało, … i produkować powinno się tylko to, co najlepsze, bo
produkcja tego i tak nie wymaga większych nakładów pracy ani
materiałów. Bo jaki sens robić pończochy, żeby się darły skoro
można produkować praktycznie niezniszczalne? Jedynie wymaga tego,
co najlepsze, tego, żeby ci, co to wymyślili chcieli podzielić się
tym
ze światem, a każdy dobry człowiek tego właśnie chce.
Tak jak każdy dobry człowiek chce pracować na swoje utrzymanie i
dla dobra innych, rozumiesz mnie? To proste, prawda?
– Chyba tak, to znaczy, że chciałbyś wprowadzić komunizm po prostu? Tak? Każdemu po równo?
– Tak
myślałem, że to powiesz. Właśnie nie! Chodzi o to, żeby każdy
mógł mieć, choć to minimum humanizmu, na pewno nie komunizm, no
może z ideą marksizmu czy socjalizmu ma to coś wspólnego, ale z
komunizmem, czyli że wszystko miałoby być państwowe, ludzie
inwigilowani, a partii nie wolno krytykować, to na pewno nie. Według
mnie, to w ogóle ten język, te nazwy, terminologie są archaiczne i
nie pasują nijak do teraźniejszości.
Ja na przykład, jeżeli
chodzi o gospodarkę, to chyba można nazwać moje poglądy
lewicowymi, choć nie jestem pewien, ale jeżeli chodzi o sprawy
takie jak tożsamość narodowa, patriotyzm czy moralność to raczej
jestem prawicowy. Prawica, czy lewica, co za różnica – zaśmiał
się.
– To, jaki miałby być to ustrój? – spytała E.
– No
właśnie, sęk w tym, że sama nazwa, czy rodzaj ustroju nie jest w
tym wszystkim w ogóle ważny, może być kapitalizm, może komunizm,
a najlepiej hybryda obu. Ważne jest, że ludzie są równi, że
jesteśmy jedną ludzką rodziną, że są prawa człowieka i nie
może być tak, że miliony umierają z głodu. Ważne jest to, co
powiedziałem przed chwilą. Ważne jest, kto i co chce oraz co jest
gotowy zrobić by osiągnąć swój cel. Jaką ma motywację
i
predyspozycje, a potem ważne jest stworzenie dobrego planu
osiągnięcia tego celu.
Czy przykładowo jogurt lub samochód
będzie produkować firma Danone należąca do kogoś tam czy
państwowa mleczarnia, albo auto produkować będzie państwowa, czy
prywatna firma jest w tym świetle drugorzędne, ważne jest na ile i
jakich jogurtów, albo aut jest zapotrzebowanie i ewentualnie kto, na
co zasłużył. Rozumiesz?
– Chyba
tak, ale co będzie, jeżeli każdy będzie chciał dwa samochody,
trzy domy
i sto jogurtów?
– No
cóż... Jak mówił Gandi, ziemia na pewno jest w stanie zaspokoić
potrzeby wszystkich ludzi, ale nie chciwość jednej osoby, dlatego
jeżeli ludzie w tej ankiecie pozaznaczaliby tak, to symulacja
wykazałaby pewnie, że niemożliwe jest osiągnięcie celu
polegającego na takim dobrobycie, a raczej rozpuście i należałoby
wszystkim oznajmić,
że w związku z tym, że wszyscy są tak
pazerni i chciwi nikt nie będzie miał nic, dalej będzie tak jak
jest, czyli biedni będą biednieć, a bogaci się bogacić i każdy
każdego będzie starał się wykorzystać. Ale myślę, że nie
będzie tak źle, szczególnie, że większość ludzi nie ma nawet
własnego pokoju, więc będą w stanie zrozumieć sens i logikę
tego wszystkiego. Większość ludzi pragnie znaleźć miłość,
założyć rodzinę, mieć dzieci, jeździć na wakacje, zwiedzać i
tak dalej. Jeżeli ze swojej pracy są w stanie zapewnić sobie to
wszystko są po prostu szczęśliwi,
a cała reszta leni i
degeneratów dostanie minimum pozwalające na egzystencję. To
znaczy, jeżeli ktoś zaznaczy, że chce trzy samochody, dwie wille i
dziesięć kilo mięsa dziennie,
a nie miał ani chęci ani
motywacji by skończyć podstawówkę, a do tego zaznaczy, że nie ma
zamiaru podjąć jakiejkolwiek pracy, to system również może wziąć
to pod uwagę i takich delikwentów po prostu nie brać zupełnie na
serio, co nie zmienia przecież faktu, że akurat jogurtów, chleba i
zamulaczy życiowych spokojnie dla nich wystarczy. Chodzi
o
wprowadzenie odpowiedniego modelu sprawiedliwości społecznej,
parytetu wykształcenia, zdolności, pracowitości i motywacji. Rach
ciach ciach i gotowe. A jeżeli chodzi o prawo, zakazy i nakazy, to
wszystko już zostało wymyślone i nie trzeba Ameryki odkrywać.
Jest dekalog, są prawa człowieka, kodeksy karne i cywilne,
trójpodział władzy i tak dalej,
a zresztą zasady typu, czy
wolno pluć gumą do żucia na ulicy, albo czy wolno pić piwo,
czy
palić papierosy, czy całować się publicznie mogą być różne w
różnych częściach świata, bo w końcu ludzie są trochę różni
i różne są ich historie i … tu zrobił małą przerwę, a na
jego twarzy widać było jakby dziecięce zagubienie, gdyż gonitwa
myśli, za którą podążał nagle urwała się. E zauważyła to,
przysunęła się do niego bliżej, uśmiechnęła sie, po czym
pocałowała go w policzek. Nagle jakby coś mu się przypomniało,
zaczął znowu.
– Aha, ale jest tu jeden haczyk, jeżeli ludzie mieliby takie niebo na ziemi, to jest jeden problem.
– A mianowicie? – zapytała.
– No
taki, że możemy zacząć się rozmnażać również na skalę
przemysłową i zjemy
tą naszą ziemię, jak szarańcza –
uśmiechnął się – zresztą, teraz już jesteśmy w trakcie, tak
więc wpadłem na pomysł, najprostszy jaki mi przyszedł do głowy w
tej chwili, żeby wprowadzić generalną zasadę i propagować (nie
nakazywać tylko pokazywać konsekwencje innego scenariusza), że
każda kobieta może mieć maksymalnie dwójkę dzieci. W końcu
przecież największym szczęściem jest być za młodu wystarczająco
rozważnym,
a jednocześnie romantycznym, aby doczekać poznania
tego jednego, zakochać się
z wzajemnością i potem mieć
dzieci. A przecież już liczba nie ma tutaj znaczenia,
grunt, że
jest choć jedno czy dwójka dzieci, obiektów rodzicielskiej
miłości, ale najważniejsze, że w ten sposób nasza liczba
pozostanie na w miarę stałym i przewidywalnym poziomie. Pasuje?
– No tak, a co będzie, jeżeli będzie jedno dziecko więcej? – spytała E.
– Nic
– odparł – wypadki się zdarzają, i nie wszystkie kobiety
przecież będą miały dwójkę dzieci, więc jakoś to się pewnie
zbilansuje – znowu się uśmiechnął, – przecież wiadomo, że
nie będziemy ich zabijać, prawda?, chodzi tu bardziej o kwestie
świadomości
i propagowania właściwych społecznie postaw.
Żeby ludzie rozumieli, że ma to głębszy sens poza samym
„ograniczaniem”, choćby dla ekologii, dla środowiska, jak i dla
możliwości stworzenia dobrobytu dla wszystkich.
E coraz bardziej promieniała, słysząc pomysłowość Krzysia, a Krzyś również, choć bardziej skrycie radował się, że jest w końcu ktoś, kto chce wysłuchać jego „głupiego gadania”, a do tego zgadza się z nim i wierzy w to już, tak samo mocno jak on. On czuł się zwykłym człowiekiem, no może z lekkim świrem, ale raczej bez super mocy.
– No dobrze Mesjaszu, co jeszcze mi opowiesz?
Krzyś znowu zamyślił się przez chwilę, po czym znowu zaczął:
– Ach,
właśnie, a propos – uśmiechnął się znacząco – jeszcze
jedna rzecz, o której zapomniałem. Kiedy jakieś 500 lat p.n.e.,
pierwszy raz tłumaczono Torę na język grecki
na zlecenie
któregoś z potomków Aleksandra Wielkiego, wszystkie 39 przypadków,
gdzie występowało słowo Mesjasz uczeni przetłumaczyli, jako
Christos, – czyli, przecież po grecku Krzyś, – czyli tak, jak
mam na imię. Więc też pasuje – zaśmiał się, – ale te
wszystkie mistyczne wiadomości przekazuję ci tylko, ponieważ je
odkryłem buszując po necie i jakoś tworzą one logiczną całość
z moim pomysłem. Ale wcale tak być naprawdę nie musi, i nie to
jest ważne. Nie trzeba traktować tego poważnie. Poważnie traktuj
mój pomysł i przekonania, bo one są dla mnie najważniejsze. Jak
mawiał Aleksander Macedoński, człowieka mierzyć powinno się po
zamiarach, – a moje są dość ambitne, nie uważasz? – zaśmiał
się znowu.
E patrzyła na niego wielkimi niebieskimi oczami pełnymi zdumienia. Ale jedna rzecz nie dawała jej spokoju, więc spytała:
– No i świetnie, sam pomysł jest naprawdę interesujący Krzysiu, ale mam jedną wątpliwość – powiedziała, nie będąc do końca przekonana jeszcze do jednej podstawowej rzeczy, – a jak twoim zdaniem miałoby się to stać?
– No
cóż, to chyba oczywiste? Skoro każdy miałby wypełnić ankietę,
gdzie zaznaczałby wymarzoną pracę i inne zajęcia, które mógłby
wykonywać, swój ulubiony kolor papieru toaletowego i wystrój
wnętrza swojej chatki i to nie miałoby być problemem,
to bez
wątpienia nie byłoby problemem zorganizować proste wybory, czy
ludzie reflektują na taki to właśnie system ekonomiczny czy nie, i
jeżeli większość na to pójdzie, to w demokracji oznacza to, że
sprawa jest załatwiona. Czyli, jeżeli w każdym z krajów oraz w
każdym
z narodów, który teraz jeszcze nie jest krajem, ale nie
czuje się wspólnotą z istniejącym obecnie podziałem
administracyjnym świata, a po prostu takim podziałem by się stał.
Bo jeżeli w jakiejś części tego naszego globu żyje Polak,
Niemiec, Rosjanin, Czeczen, Syryjczyk, Kurd, obywatel Gorkhalandu czy
Rom to też jest częścią człowieczeństwa i ma prawo do wolności,
dobrobytu i poczucia wspólnoty we własnym narodzie, jako wspólnocie
narodów, do własnych mediów, kultury i tak dalej. I teoretycznie,
gdyby w każdym z państw znaleźli się tacy, którzy zrozumieją
przesłanie tej idei i zechcą sprawdzić to w praktyce zakładając
jakąś partię z programem na jej podstawie, to na przykład mógłby
być sposób.
Bo tak jest dobrze, i jeżeli ludzie chcą zrobić,
żeby było dobrze to, TO jest właśnie jedyna właściwa droga.
– Aha,
i jeszcze, właśnie – jakby opuścił jakiś fragment – to się
chyba rozumie samo
z siebie, ale w każdym razie, żeby ten
system działał to taka polityka musiałaby obejmować całą kulę
ziemską. To jest ta właśnie wspólna cecha z Aleksandrem, on też
chciał stworzyć jedno globalne państwo, pewnie w celu, żeby
wszystkim żyło się lepiej. Nikt w obecnych czasach nie jest
samotną wyspą, zawsze komuś czegoś będzie brakowało, a ktoś
inny będzie potrzebował czegoś innego, boleśnie doświadczyła
tego Japonia. Więc nie będzie już państw tylko jedna wielka
organizacja, na przykład WU – World Union Liablity Company
–
tu znowu uśmiechnął się – tę nazwę tak sobie wymyśliłem,
może być inna. Zresztą jest już jedna taka organizacja i
biurowiec i kompy do zrobienia tego projektu, normalnie wszystko –
ONZ, która po prostu pomagałoby w koordynacji pomocy i współpracy
między poszczególnymi krajami. No i oczywiście uznane byłyby
państwa i narody, lecz pełniłyby one bardziej rolę okręgów
administracyjnych o być może nieco różnych systemach prawnych,
ustalanych przez demokratycznie wybranych prawodawców w tych
krajach. – Wiesz?
– wtrącił – w jednym kraju wolno byłoby
pluć na ulicy, bo tam większość to świntuchy,
a w drugim
nawet bąka nie wolno byłoby puścić, jeżeli to kraj „świętoszków”
– zaśmiał się, – ale celem każdego tego rządu byłoby
osiągnięcie stanu określonego minimum egzystencji socjalnej dla
każdego homo sapiens i wolność osiągania szczytów dla tych,
którzy chcą i mają motywację oraz zdolności, czyli wszystko
sprowadza się również do sprawiedliwego modelu społecznego. Ale
generalnie ten świat byłby nie rządzony, a raczej zarządzany, tak
jak wielkie koncerny, przez ludzi o odpowiednich predyspozycjach i
wykształceniu, a co najważniejsze – poprzez pryzmat celu, czyli
zadowolenia swoich „akcjonariuszy”, a nie jak teraz, rządzony
często przez tych, co najgłośniej krzyczą i najbardziej chcą, a
nie mają czasami ukończonej nawet szkoły średniej, a ich celem
jest jedynie dopchać się do koryta i splendoru. I jestem pewien, że
ci, którzy sami nie ukończyli studiów, nie mieliby przeciwko temu
jakichkolwiek obiekcji. Bo prości ludzie chcą jedynie dobrobytu,
igrzysk i chleba, jak mawiali Rzymianie, teraz może bardziej net LTE
i plazmę, bo teraz igrzyska są w telewizji i w Internecie.
– W
tym nowym świecie ludzie będą mogli podróżować swobodnie po
całym globie, łatać sobie tam i z powrotem. No może nie tak od
razu, bo niektóre kraje mogłyby się nie zgodzić obawiając się
pewnie napływu obcokrajowców, ale w miarę jak poziom życia
globalnie wzrośnie i w miarę zrówna się, to ta obawa zniknie. Ale
tak czy siak ważne jest to, że ten system musi obejmować całą
kulę ziemską, bo nawet jak jedno państwo chce się tak
zorganizować, według zasady jak tu zrobić, żeby każdy miał, co
chciał, a wokół są same kraje, które kombinują, według zasady
rywalizacji i konkurencji, czyli niby „każdy ma równe szanse”,
a naprawdę – jak by tu „wydymać” bliźniego (przepraszam za
wyrażenie) taniej kupić, drożej sprzedać, to taki system jest z
góry skazany na porażkę, rozumiesz? …
– przerwał nagle i
spytał, jakby szukając litości, – ale mam zakręcony umysł, co?
E
cały czas się uśmiechała i wydawało się, że widzi w tym sens i
zgadza się
z każdym jego słowem oraz akceptuje go całego,
takiego nawet zakręconego. Tak już mają
ci nadpobudliwi
ludzie, są bardzo ufni i łatwowierni, mają otwarte umysły i nie
mają żadnych uprzędzeń.
Był jednak bardzo szczęśliwy, że ktoś wierzy w jego idee. Po chwili dodał:
– Ludzie
na całym świecie też widzą, że świat, a szczególnie nasza
ludzka cywilizacja naprawdę poszła do przodu. Ludzie chcą zmian,
wolności, demokracji i dobrobytu. Teraz jest tak jakby zwykli ludzie
żyli w jednym świecie, a rządzący, bogacze i oligarchowie w
zupełnie innym. Elity żyją
jeszcze w innej epoce i myślą, że albo gnębiąc „poddanych”
utrzymają się
u władzy, a będąc u tej władzy wcale nie
przejmują się obowiązkami wobec suwerena, czyli obywateli, a tylko
walką z „wrogiem”, czyli obcym państwem, albo będąc u władzy
w praktyce zapominają, jaki jest prawdziwy cel, w jakim zostali
na te funkcje przez ludzi powołani. Bo tak naprawdę większość
Palestyńczyków osobiście nic nie ma do Żydów, ani Żydzi do
Palestyńczyków, tak jak Polacy do Rosjan czy Niemcy do Francuzów.
Teraz
wszędzie są jakieś rewolucje. Ludzie
na całym świecie organizują demonstracje przez Facebooka –
w Tunezji, Egipcie, Syrii, Libii, a nawet w Rosji, ludzie chcą
zmiany, chcą dobra, wolności, prawdy, uczciwości, ale chyba nie ma
spójnej wizji jak to osiągnąć
– a ja myślę, że może
tak, może czuję to pragnienie wszechświata.
Choć
ja za długo pewnie nie pożyję – przerwał, jakby zastanawiając
się nad tym, co właśnie miał powiedzieć. Wreszcie godząc się
na to, co ma powiedzieć stwierdził tonem trochę nie do końca
poważnym, próbując obrócić to w żart – wiesz wybrańcy boga,
żyją krotko.
– Dlaczego tak mówisz? Będziesz żył i umrzesz, jako staruszek.
– Tak myślisz? … Może? Ale wiesz? – dodał – oglądałem w telewizji taki film fabularny o śmierci Kennedy’ego, wiesz, dlaczego go zabili? Bo był niby komunistą.
Rozmowa
pół żartem pół serio na chwilę urwała się. W tym momencie
oboje jakby zamyślili się, nie czując potrzeby odzywania się do
siebie. Obejrzeli się dookoła. Morze było spokojne, obok nich, pod
bacznym okiem babci, bawił się mały chłopiec. Natomiast dziadek
zażywał kąpieli słonecznych, nie bacząc na nic. Plaża była
jeszcze pusta. Oprócz paru osób nie było nikogo. Krzyś cieszył
się towarzystwem E, a ona jego. W życiu są rożne chwile,
w
tej chwili na pewno i ona i on byli szczęśliwi.
– Krzyśku opowiedz mi coś jeszcze z tych twoich przemyśleń, wesołych nowinek – ciągnęła Krzysia.
– No
dobra – entuzjastycznie odparł Krzyś, – więc jeszcze trochę
wesołych nowinek.
A wiesz, że w ogóle, to Ewangelia oznacza
właśnie wesołą nowinę, więc można powiedzieć, że głoszę
Ewangelię, … albo jakby sceptyk, niedowiarek bez nadziei,
stwierdził – populizm, – jak kto woli – zaśmiał się, –
ale teoretycznie, hipotetycznie, jak już będzie takie niebo na
ziemi, to nie będzie już, na przykład, tych biednych czarnych
dzieci, które są takie chude, jak ja, albo jeszcze chudsze, a
brzuszki mają jakby zjadły piłkę. Bo kiedyś ich kontynent
ograbiono z najlepszych ludzi robiąc z nich niewolników, a potem
pozostałych zostawiając samym sobie, albo „biedne” kraje
Trzeciego Świata bogate w zasoby naturalne, w których ciągle jest
wojna, na rękę wielkim koncernom – nagle zamyślił się i
powiedział – zresztą nie
wiem, ale czasami wydaje mi się, że wpadłem na tę ideę właśnie,
dlatego, że jestem Polakiem. Bo z jednej strony Polacy, tak jak
Afrykańczycy i inni, wiele wycierpieli z rąk okupantów przez
ostatnie wieki, ale jednocześnie Polska, czy ktokolwiek tego chce,
czy nie, leży w Europie i dzieli jej kulturę i rozwój
cywilizacyjny. I chyba tylko dla Polaków
te wzniosłe idee
polityczne, solidaryzmu i prawa człowieka są więcej niż jedynie
pustymi frazesami służącymi do tego by wywyższać się ponad
innych, samemu tych zasad
nie przestrzegając.
– Jesteś niesamowity – powiedziała E.
Krzyś
jakby tego nie usłyszał i mówił dalej – w każdym razie nie
będzie ludzi, którzy muszą kraść, bo nie mają na chleb, nie
będzie ludzi, którzy żyją razem z rodzicami, nie dlatego, że tak
ich kochają, ale dlatego, że nie stać ich po prostu na własne
cztery kąty. Ludzie będą po prostu żyli jak im się podoba,
oczywiście w ramach ustalonych przez cywilizacje
i społeczeństwo
zasad. Będą żyć, imprezować, czasem pracować, a ogólnie
cieszyć się życiem i rozwijać. Zobacz też na rynek pracy na
przykład, ludzie studiują pięć lat jakieś prawo czy ekonomię, a
potem i tak robią coś całkiem innego i to za śmieszne pieniądze,
bo tak naprawdę wyszkolenie kogokolwiek do wykonywania jakiejś
pracy nie zabiera lat, tylko trochę rozumu od tego, kto ma być
uczony. Ludzie powinni studiować dla przyjemności, dla poszerzania
swoich horyzontów i pogłębiania swojej wiedzy, bo to robi
z
nich lepszych, bardziej świadomych ludzi. No i wykształcenie można
stosować, jako jeden
z parytetów w tworzeniu sprawiedliwego
modelu społecznego. Rozumiejąc to, naprawdę można bardzo łatwo
zamienić ten nasz okropny świat w niebo na ziemi. Nie będzie,
na
przykład, patrząc z drugiej strony – klęsk urodzaju. Co to jest
w ogóle klęska urodzaju?
To tak, jakby za dużo było źle…
bez sensu. Skoro mamy za dużo pszenicy, czy czegokolwiek innego, to
dobrze, jak my mamy za dużo, to na pewno gdzieś będzie miejsce,
gdzie jest
za mało, a jeżeli nawet nie, to można zachować
nadwyżkę na później, oszczędzając ludzką pracę. Albo
rajstopy, które były niezniszczalne, a już nie są, tylko po to,
żeby ludzie mieli więcej pracy. Cała polityka postarzania
produktów. Bezsens. Lepiej już wprowadzić
w większości branż
politykę, na przykład 4 godzinnego dnia pracy, albo pracy jedynie
trzy dni w tygodniu, żeby każdy miał zajęcie. Proste. Mówię ci,
ten system, co wymyśliłem pasuje do wszystkiego i wszystko naprawi.
I nieważne, czy jesteś Żydem, muzułmanem, chrześcijaninem czy
nawet ateistą, czy jesteś czarny, żółty, biały czy czerwony,
czy jeszcze innym stworem, ważne żeby być człowiekiem i wierzyć
w dobro i starać się nie być złym
i to wystarczy.
– Czyli, niebo na Ziemi? – zapytała.
– No
cóż – zamyślił się Krzyś – pewnie i tak będą te dzikie
albo artystyczne dusze, które wiele do szczęścia nie potrzebują
prócz wolności od wszystkiego, będą też pewnie nieszczęśliwie
zakochani, odrzuceni, być może samotni albo zgnuśniali i będą
tacy, którym się nie udało, którym coś nie wyszło, ale tutaj
pomóc mogą księża, kuratorzy, lekarze
i psycholodzy, a nie
filozofowie ustrojowi – zaśmiał się, – ale nie będzie takich,
co umierają
z głodu, nie z własnej chęci, a tylko dlatego, że
nie mają co jeść albo takich co pracują
po szesnaście godzin
dziennie w wieku lat piętnastu. No, ale zapomniałem wspomnieć o
tym całym „piekle” i jak to ma wyglądać. Więc teraz może o
tym.
– Według
mnie, tak jakby wziąć pod uwagę cały rozwój naszej cywilizacji,
to na początku była dżungla, każdy robił co chciał, każdy
sobie rzepkę skrobał, jakby to można było powiedzieć, jak każde
inne zwierzę, zresztą pewnie nie było nas zbyt wielu, więc
problemów między ludźmi też nie było wiele. Ale my przecież
mamy wielki umysł dany
od Boga. Wiec najpierw ktoś wpadł na
ten wspaniały pomysł i wprowadził państwo, organizację do tej
naszej egzystencji, żeby wprowadzić jakieś prawa, ład i porządek
oraz żebyśmy zaczęli się rozwijać, a nie szkodzić sobie na
wzajem. Potem, jeszcze inny ktoś, jakiś Francuz chyba, wpadł w
końcu na tą piękną i prawdziwą ideę, że tak naprawdę
suwerenem państwa są ludzie, jego obywatele i państwo nie jest dla
jednego człowieka, króla, czy grupy ludzi, którzy nami rządzą,
lecz dla obywateli. Bo, to z ich woli zostało one stworzone
i
istnieje. Szkoda tylko, że mimo upływu ponad dwustu lat od tego
jakże trafnego spostrzeżenia jakoś dalej rządzący w swoich
działaniach dbają głównie o swoje własne dobro.
Aha, ale
miało być o piekle, więc tutaj w sumie też nic nowego nie
wymyślam, na to wpadli już kiedyś Angole z Australią. Czyli
bierzemy taki mniej więcej kawałek ziemi, gdzieś
na naszej
planecie, ale nie Australię oczywiście, bo czemu, tam jest tak
ładnie, rafy koralowe
i w ogóle. Na przykład, gdzieś w
okolicach Syberii, tam będzie dobrze, zimno tak dalej, to nie będzie
im tak wesoło. Państwo, cywilizacja opiera się na zasadach,
zasadach akceptowanych przez większość, takich jak nie zabijaj czy
nie gwałć. Zasady są jasne i każdy je zna.
Są jednak tacy,
którzy nie chcą się im podporządkować. Więc bierzemy taki kawał
ziemi stawiamy dwudziestometrowy mur z fundamentami na 30 metrów w
głąb, kamerami na podczerwień oraz ze strażnikami, co każde sto,
sto pięćdziesiąt metrów i tam trafia każdy człowiek, który
zrobił coś złego. Bez względu na to, jakiej jest narodowości,
wyznania czy koloru skóry. I tam będą sobie mogli robić już
zupełnie, co będą chcieli. W środku nie będzie strażników ani
żadnej ochrony. I, jeżeli się komuś nie podoba, że na świecie
są zasady, na przykład nie zabijaj, nie kradnij, nie gwałć i tak
dalej, to tam może robić, co mu się rzewnie podoba. Tam będzie
całkowita dżungla, pełna wolność. Bez żadnych praw. Można tam
będzie zabijać, kraść, gwałcić i rabować, ale trzeba będzie
liczyć się z tym, że jemu mogą zrobić
to samo i nie będzie
policjanta, do którego będzie mógł pobiec. I, jak stworzymy takie
piekło, to każdy, kto będzie chciał robić jakieś złe rzeczy
innym ludziom pomyśli dwa razy.
Bo wątpię, że ktoś będzie
chciał udać się w to miejsce. Aaa, a zakłady penitencjarne, jakie
już istnieją będą służyć jako, jak by, to powiedzieć, tak
zwane „przejściówki”. Jak ktoś zostanie złapany po raz
pierwszy czy drugi czy nawet trzeci (to chyba będzie zależało od
jego przewinienia), to pójdzie tam, ale nie na pięć lat czy
dziesięć czy nawet rok. Wsadzi się
go tam na tydzień, albo
dwa dni czy kilka miesięcy. Będzie on siedział w celi, oglądał
filmy ze świata, do którego zmierza i będzie mógł zastanowić
się, co woli – naszą cywilizację, DVD i MTV czy dżunglę, –
tu znowu na chwile przestał mówić … jakby trochę zmieniając
temat, powiedział, – bo tak naprawdę nie chodzi o to, czy ludzie
lubią używki czy nie
czy są bi, homo czy hetero czy aseksualni,
czy są czarni złoci czy czerwoni, ważne jest
czy są dobrzy czy
źli i trzeba jednych od drugich oddzielić, na tym polega moja idea.
Bo według mnie, nie powinno być tak, że dobrzy ludzie nie
ufają sobie nawzajem,
a źli wykorzystują tych, którzy nie
chcieli zamknąć swych serc. Trzeba oddzielić dobrych
od złych.
Pasuje ci taki plan? Chcę zmienić oblicze ziemi, z tysiąca masek
na jedną uśmiechniętą twarz trzymającą za pysk wściekłe zło.
Czy ktokolwiek chciałby dzielić tę samą ziemię z kimś, kto go
okradł, zgwałcił jego dziecko, jego kobietę albo zamordował
kogoś bliskiego? Z pewnością nie! I da się to załatwić tworząc
niebo – państwo, cywilizację i piekło – dżunglę, gdzie każdy
robi, co chce, gdzie wszystko wolno. Tam będą trafiać również
rządzący, którzy zapomnieli się w swojej roli i pragnęli zostać
królami, jak na przykład
w Korei czy Syrii.
– Jesteś niesamowity – odpowiedziała, a na jej twarzy widać było prawdziwy podziw, a nawet fascynację – trochę roztrzepany, ale niesamowity.
– Wiem,
wiem – jakby odrzucając wagę tego stwierdzenia odpowiedział
Krzyś,
a potem dodał – widzisz mogłem
zostać lekarzem, prawnikiem, astronautą albo raperem, ale wtedy
pewnie nie stworzyłbym tej idei, po prostu zajmowałbym się czymś
innym, a wolałem, jednak mimo wszystko, skierować swój, być może
nie tak mały umysł na coś bardziej istotnego.
Ja w to wierzę, za to mogę umrzeć i co może najśmieszniejsze to,
że to piekło, ale w szczególności niebo jest dla mnie bardzo
rzeczywiste ...
w
mojej wyobraźni.
E,
nic na to nie odpowiedziała, a Krzyś, który dalej chciał jej
opowiadać, jako że była to pierwsza od długiego czasu osoba,
która chciała rozmawiać o czymś innym niż telewizja
i pogoda
mówił dalej, – bo nie chodzi o to, że ktoś na przykład nie ma,
ale chodzi głównie
o to, że co po niektóry, ma taką
świadomość, że nie ma albo, że nie będzie miał albo, że nie
ma szansy na to, że będzie miał, że jest sam i nie ma nikogo, kto
chciałby mu pomóc. To pcha go w tą otchłań bez wyjścia, w
autodestrukcję. Ja, na przykład całe życie uważam się
za
milionera, a przynajmniej czuję się tak, jakbym miał ten zasrany
milion dolarów, czy czego tam, mimo że nie mam nic. Ale jestem
szczęśliwy jakbym miał ten milion i nie jest mi
w ten sposób
do szczęścia potrzebny. Bo pieniądze szczęścia nie dają. Na
przykład ja nic nie mam i nie mam specjalnej potrzeby ani chęci
mieć, ale mogę mieć tą świadomość, że mam,
a inni,
których rodzice nie są, na przykład, dobrze sytuowani mają
świadomość, że z pracą jest ciężko, płacą jak niewolnikom i
on ma świadomość, że nie ma i raczej mieć nie będzie. Ale chce
i tak, jak każdy potrzebuje mieć, wtedy niektórzy chcą mieć za
wszelka cenę i tu pojawia się zło, na przykład kradzieże.
– Racja Krzyś. Naprawdę zaczynam dostrzegać, że masz rozwiązanie, jak to wszystko zmienić, nieprawdaż?